Strony

strolling nav

środa, 30 maja 2018

zostałam sama i nie mam dokąd pójść... (post-apo)

Szłam ciemną ulicą, słaniając się. Światła uliczne nie oświetlały wiele, zresztą z pewnością nie przeżywały obecnie czasów swojej świetności, tylko jedna z lamp była w jako takim stanie, druga migała niebezpiecznie, jakby grożąc, że zaraz przestanie działać, trzecia już przestała. Nikt o nie nie dbał, bo dlaczego miałby? Kiedyś ta ulica tętniła życiem za dnia, w nocy, przez siedem dni w tygodniu. Teraz nikt tędy nie chadzał. Cóż, poza mną. A i ja, jedynym czego naprawdę pragnęłam, było wynieść się z tego przeklętego miejsca i nie musieć tu wracać. Nigdy.

Jeśli już o mnie chodzi, wyglądałam jak siedem nieszczęść. Szczątki ubrań, które na sobie miałam, rwały się i były brudne, pokryte mułem i trawą. Włosy, które normalnie były w kolorze mysiego blondu, wyglądały jak całkiem zużyta szczotka od miotły, a ich kolor przypominał coś w rodzaju błota zaraz po deszczu. Butów nie miałam, szłam boso z poranionymi stopami, które krwawiły i sprawiały mi niezmierny ból przy każdym kroku. Dlatego właśnie szłam powoli, krzywiąc się i zaciskając zęby. Nie mogłam jednak się zatrzymać, to nie był dobry pomysł, musiałam dotrzeć w porę do mojej siostry, Karoliny, zostawiłam ją samą na ponad dwa miesiące, bez jedzenia, picia, bez czegokolwiek. Nie wiem, czy żyła, jeśli nie, zamierzałam ją pochować, chociaż tyle mogłam zrobić.
 "Kim ty jesteś, do diabła?" usłyszałam cichy syk. Obróciłam się szybko (cóż, na tyle szybko, na ile było to możliwe w moim obecnym stanie) w stronę, z której dochodził głos. Pochodził on od kobiety, będącej w  podobnym stanie co ja i mające u boku małe dziecko. 
Spojrzałam na nią, ale nie miałam czasu, by się zatrzymywać. Musiałam iść, iść do Karoliny.
"Nikt tędy nie chadza". Dodała, wtedy się zatrzymałam naprzeciwko tej osobliwej dwójki. 
"Mogłabym zapytać o to samo" powiedziałam, nawiązując do poprzedniego pytania.
"To mój przyczółek"
Przyczółek? Tak, rzeczywiście wyglądało na to jakby kobieta ukrywała się tutaj z dzieckiem. Mieszkali tu, w tym okropnym miejscu, pomiędzy budynkami z obdrapanymi ścinami, co nawet nie było do końca widoczne, gdyż budynki były omszałe. Tak jakby ten stan rzecz trwał już od dłuższego czasu. Co tu się stało, do cholery? Nie było mnie ledwie trzy miesiące, a tyle się zmieniło. Miasto wygląda dosłownie jak po biblijnej apokalipsie, zesłanej przez mściwego Boga na grzeszny lud. 

"Od dawna tu jesteś?" zapytałam kobiety cicho. 
"Od kiedy to się stało"
Świetnie, wreszcie ktoś kto wyjaśni mi, o co tu chodzi. Znalazłam się tutaj I odkryłam wszystkie ulice tego miasta w stanie istnego chaosu. 
"Co się właściwie stało?"
Kobieta westchnęła cicho, tak że ledwie to usłyszałam.
"Jestem Adrianna, a to Louis" tu wskazała na dziecko u jej boku. Chłopczyk był brudny, obdarty, wymęczony i wydawał się w ogóle nieświadomy tego, co się dzieje wokół niego. Być może nie wiedział nawet gdzie jest ani co tu robi. Milczał, nawet nie spojrzał na mnie ani na matkę, a gdy ta dotknęła jego ramienia, podskoczył jakby porażony prądem, po to by po chwili wrócić do poprzedniego stanu totalnej apatii.
Podniosłam wzrok na kobietę.
"Było niedzielne popołudnie, 24. kwietnia 2248 roku" kontynuowała ta "Wybrałam się z synem na zakupy, jak zawsze to robiliśmy. Wszystko było w porządku, nikt się niczego nie spodziewał. Wychodziliśmy razem ze sklepu, rozmawiając. I wtedy przybyli oni"
"Jacy oni?" zapytałam.
"Z pewnością nie byli ludźmi. Mieli dziwne kombinezony, każdy z nich. Nie mówili do nas, tylko niszczyli. Niszczyli wszystko, po prostu rozwalali po kolei każdą rzecz, na którą się natknęli. Porywali ludzi, którzy bronili się, walczyli, zabierali ich nie wiadomo dokąd. Uciekłam z synem i schroniliśmy się tutaj. Nie wiemy, czy oni wrócą, a mój syn od tamtego momentu nie odezwał się ani jednym słowem, cały czas milczy, wpatrując się przed siebie. Nie wiem co robić" kobieta zaszlochała.

Kim byli ci nieludzie w kombinezonach? Przyszło mi do głowy, że to  mogli być ludzie Desfera, ale nie. On nie miał takiej armii. Powinnam się tym zając, bo chyba byłam teraz jedyną nadzieją, która pozostała tym biednym ludziom. Myśl, która we mnie w tym momencie uderzyła, zachwiała moim gruntem. Wylądowałam w mieście, w którym zostawiłam siostrę. Ale co, jeśli taka sytuacja działa się teraz w całym kraju? Lub na całej planecie? Nie było przecież powodu, by obca cywilizacja atakowała akurat to miasto.. chociaż, co ja mogłam wiedzieć.
Teraz jednak naprawdę miałam ważniejsze sprawy na głowie. 
"Musisz odpowiedzieć mi na jedno pytanie, Adrianno: czy spotkałaś może gdzieś dziewczynę, podobną do mnie, z długimi włosami, błąkającą się po tych ulicach?"
"Nie, żadnej dziewczyny. Ukrywam się tutaj z synem od dawna, nikogo oprócz ciebie tu nie widziałam"
"Posłuchaj mnie, wrócę po ciebie, kiedy kogoś znajdę, wrócę i wam pomogę. W porządku?"

Adrianna kiwnęła tylko głową, pewnie i tak nie wierząc w moje słowa, ale mając nadzieję, że wrócę rzeczywiście. Cóż, sama nie wiedziałam. Musiałam znaleźć Karolinę. Może ona coś wie. Jeśli żyje.

***
Idąc dalej, napotkałam jeszcze bardziej zdezelowane budynki, połamane szyldy, które niegdyś zachęcały do zakupu ekskluzywnych produktów oraz porozbijane szyby sklepów, w których jednak nie było żadnych towarów. Próbowałam znaleźć coś do jedzenia, bo byłam niezwykle wykończona i brakowało mi już energii. Nic tam jednak nie było. Wszystko pewnie zostało już zrabowane przez ocalałych mieszkańców miasta. Znaki i sygnalizacje świetlne nie funkcjonowały, większość z nich leżała na ziemi, a czas ich służby z pewnością dobiegł końca. Różnego rodzaju samochody stały gdzieś na uboczu, puste lub leżały poprzewracana, często doszczętnie zniszczone. Nikt się nimi nie poruszał po jezdni. W ogóle nikt się nie poruszał. Naokoło panowała martwa cisza, jedynie od czasu do czasu przerywana złowieszczym świstem wiatru, który sprawiał, że było okropnie zimno, mimo że według kalendarza był środek lata w klimacie umiarkowanym. Ta martwota powodowała na moim ciele ciarki niepokoju. Jakby w każdej chwili miała stać się jakaś katastrofa, jednak nie działo się zupełnie nic. 

Gdzie byli wszyscy ludzie? To było pięćdziesięciotysięczne miasteczko, do diabła! Ci wszyscy ludzie nie mogli tak po prostu wyparować. Czy te istoty zabrały ich wszystkich? Uświadomiłam sobie, że Adrianna i jej syn mogli być jedynymi żywymi istotami, jakie tu spotkałam..  Albo inni po prostu ukrywali się tak sami jak ta dwójka. Ale po co, czyżby sądzili, że oni tu wrócą? Zwierząt też żadnych nie było, co wstrząsnęło mną niezmiernie. Po naszym mieście zawsze błąkało się pełno bezdomnych kotów, psów, a ptaki wyśpiewywały jakąś tylko sobie znaną melodię. Cisza była tak przejmująca, że bałam się zrobić krok, by nie obudzić czegoś drzemiącego gdzieś niedaleko. Mimo iż nie wiedziałam nawet, co by to mogło być. 

Zadrżałam. Nie miałam nawet odwagi, by się za siebie obrócić, w obawie, że stoi za mną pozaziemski stwór w kombinezonie, gotowy zabrać mnie Bóg wie gdzie. 'Uspokój się, Lille' powiedziałam sobie. 'Idź do przodu. Musisz iść'.  

Nie mogłam opanować łez na myśl, że już nigdy nie zobaczę siostry. Karolina była całym moim życiem. Urocza, dziesięcioletnia dziewczynka, wychowywana tylko przeze mnie, po zniknięciu naszych rodziców. Nikt nie wie, co się z nimi stali. Wracali z pracy, ale do domu nigdy nie dotarli. Szukano ich sumiennie, ale po dziesięciu latach próżnych starań, oficjalnie uznano za zmarłych.  Teraz Karolina miała dwadzieścia lat, ja trzydzieści cztery. Byłyśmy tylko we dwie przez tyle lat. A teraz zostałam sama.

Ah, cholerny Beleth! Gdyby nie on, nigdy nie musiałabym zostawiać jej samej, razem stawiłybyśmy czoła temu, co nadeszło. Zapewne myśli, że ją zwiodłam. Chciałabym móc zaprzeczyć, ale to prawda - zawiodłam Karolinę. Wybacz mi, siostro. 

Przyspieszyłam kroku, wchodząc w dzielnicę domków jednorodzinnych, w której razem z siostrą mieszkałyśmy. To, co zastałam, gdy tam dotarłam, wbiło mnie w ziemię w ciągu sekundy. Każdy domek stojący wcześniej wzdłuż dosyć długiej ulicy, nie stał już, a leżał. W gruzach. Domy były do cna zniszczone. To, co niegdyś było naszym przytulnym, rodzinnym domem, zostało zmienione w drobne kawałki. Jak to się stało? Oczywiście, tutaj również nikogo nie było. 

'Kim jesteście i co zrobiliście z mieszkańcami miasta?' zapytałam w przestrzeń. Nikt mi nie odpowiedział. 

***
Nie myliłam się. Katastrofa miała większy zasięg. Po długim i męczącym czasie dotarłam w końcu do sąsiedniego, większego miasta. Sytuacja wyglądała podobnie. Wszechpotężne zniszczenie, paraliżująca cisza i brak śladów życia. Nie miałam możliwości kontaktu z innymi miastami czy krajami, bo wszystkie linie telekomunikacyjne ostały zerwane. Nic już nie funkcjonowało, nie było nigdzie urządzeń elektrycznych, a czipy, które od czasu wprowadzanej przez prezydenta Andrzeja reformy inwigilacyjnej, każdy miał wszczepione pod skórę, nie przesyłały żadnych sygnałów.

Coś zniszczyło cały dorobek cywilizacyjny mieszkańców Ziemi. Nie miałam dokąd pójść, ostatnie tygodnie spędzam nocując w jakichś norach lub w w miarę stabilnych resztkach budynków, niejednokrotnie bez okien czy drzwi. Byłam przemarznięta, chora i wygłodzona. Aby nie umrzeć, żywiłam się liśćmi ze stojących gdzieniegdzie drzew, a wodę piłam z kałuż, które na szczęście gdzieniegdzie stały. Była ona co prawda brudna i pełna zarazków, ale w chwilach kryzysu nie myślałam o tym.

Mogłabym rzucić się z najbliższego klifu na wyglądające z dołu ostre skały, ale nie zrobiłam tego. Chciałam żyć. Chociażby po to, by odnaleźć siostrę, żywą czy martwą. Ocalić ją, pomścić, opłakać. Poddawanie się nie leżało w mojej naturze. Dlatego tak dzielnie walczyłam z głodem, chorobami i osłabieniem organizmu.

Chciałam wezwać Beletha, on mógłby mi jakoś pomóc. Nie mogłam jednak się z nim skontaktować. Mój sygnał telepatyczny nie docierał daleko, za każdym razem utykał w pustej przestrzeni pomiędzy światami. To pewnie przez to, że nie zregenerowałam się jeszcze po podróży między światowej. Zazwyczaj trwa to kilka miesięcy. Tylko dlaczego teraz, kiedy potrzebuję demona najbardziej, on nie może usłyszeć mojego sygnału? Westchnęłam. Muszę radzić sobie sama. 

Co normalni ludzie robią w takiej sytuacji? Nie wiem, pewnie zajadają popcorn, zastanawiając się, co bohater filmu zrobi następnie, podpowiedziała mi moja cyniczna natura. Tylko, że to dzieje się naprawdę.. Chyba. A co jeśli to majaki? Może jestem w śpiączce, a to tylko katastroficzny stan mojego umysłu? To by wyjaśniało tę martwą ciszę..

***
Mijały kolejne tygodnie, a ja coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że to jednak nie może być sen. Zbyt silnie odczuwałam emocje, zbyt realne się to wydawało, pomimo swojego surrealizmu. Nie wiem, co tutaj się stało, ale rozmawiałam przecież z Adrianną. Ona nie mogła być wytworem mojego umysłu. Prawda? Wciąż nie mogłam skontaktować się z tym przeklętym demonem. Moje telepatyczne wołanie o pomoc pozostawało bez odzewu, pomimo że minęło już sporo czasu od mojej podróży między światem ludzi a demonów. Podejrzewałam, że winne może być moje wycieńczenie.

Modliłam się o pomoc, bo moje wędrówki przez tysiące kilometrów nie przynosiły żadnych efektów. Nie spotkałam na swojej drodze nikogo. Czy to możliwe, że Adrianna i Louis rzeczywiście byli jedynymi ocalałymi z tego kataklizmu? Słaba kobieta z apatycznym dzieckiem? Jak to możliwe? Musiał być ktoś jeszcze, nie mogłam tego tak zostawić. Więc konsekwentnie szłam przed siebie, powoli tracąc nadzieję, ale wciąż się nie poddając. Osiemset pięćdziesiąt miliardów ludzi nie mogło zniknąć ot tak. To nieprawdopodobne. Ale zniknęli albo się ukrywali. Nigdzie nie było ciał, krwi, żadnych śladów życia, tak jakby człowieka nigdy tu nie było, jakby ziemia była po prostu niezamieszkaną planetą.

***
Idąc przez opustoszałe tereny, zdewastowane miejsca, których nie miało kto odbudować, zastanawiałam się nad tym, czy jeszcze kiedyś będzie mi dane zobaczyć Karolinę. Moją biedną siostrę, którą tak nieodpowiedzialnie zostawiłam na pastwę losu. Miała już dwadzieścia lat, ale powinnam by mądrzejsza i wiedzieć, że Karolina sama sobie nie poradzi. Tak mi przykro, kochana siostrzyczko. 

Przechodząc przez żwirowa drogę, usłyszałam nieopodal jakiś szmer. Podobny do tego, który wydawał wiatr, ale jednak jakby trochę bardziej.. zamaskowany. Podeszłam w stronę krzaków, które kiedyś pewnie osłaniały czyjąś posiadłość od niepożądanego wzroku przechodniów. Zanim tam dotarłam, postać zaczęła zmierzać już w przeciwną stronę. Pobiegłam za nią. Poruszałam się wolno i ślamazarnie, ale ona podobnie, więc szybko ją dogoniłam. A raczej jego. 
"Stój!" krzyknęłam.
Zatrzymał się natychmiast. Następnie obrócił się w moja stronę. 
Był to starzec, zgarbiony, ledwo trzymający się na nogach, w jeszcze gorszym stanie fizycznym niż ja. Spoglądał na mnie bystro, świdrując mnie swoimi ciemnobrązowymi oczami. Takie przynajmniej odniosłam wrażenie, czując na sobie jego wzrok. 
"Jesteś człowiekiem" stwierdził z ulgą.   
"Oczywiście, a kim mam być? Czy wyglądam jak nieczłowiek?" pytam sceptycznie.
"Oni też tak wyglądali. Tylko nie mówili" mówi z lekką grozą w głosie.
"Jacy oni?" pytam.
"Obcy, kosmici, najeźdźcy. Nazywaj ich jak chcesz. Zabrali wszystkich ludzi, zwierzęta.. Resztę rzeczy martwych zniszczyli. I odlecieli. Nie wiadomo, czy wrócą po więcej." wyjaśnia mężczyzna.
"Jak to, zabrali? Osiemset pięćdziesiąt miliardów ludzi?" pytam, nie dowierzając.
"Teleportowali ich, jak ktoś stawiał opór, usypiali dziwnym gazem. Jak im uciekłaś?"
"Ja.. to długa historia" mówię "Szukam siostry. Ma na imię Karolina. Ma ciemne włosy i oczy tak jak ja.. Nie spotkał jej pan może?"
"Ile ma lat?"
"Dwadzieścia"
"Nie masz jej co szukać, w takim razie. Młodych zabierali w pierwszej kolejności." tłumaczy ze smutkiem.
"Jest szansa. Wcześniej spotkałam kobietę z chłopcem, może siedmioletnim."
"Nie, to niemożliwe. Wytropiliby go.. Rozmawiałaś z nim?" pyta mnie z niepokojem.
"Nie, tylko z jego matka. Chłopiec nic nie mówił, patrzył tylko apatycznie przed siebie. Musiał przeżyć traumę.."
Mina starca zmienia się na pełną przerażenia i paniki. Nie wiem, co się stało, ale mężczyzna wygląda na autentyczne przejętego grozą. Ręce zaczęły mi drzeć.
"To ich dziecko" odzywa się starzec po chwili.
"Co?"
"To ich dziecko" powtarza pewniejszym głosem. "Szpieg, podmienili go. To nie było ludzkie dziecko. Spotkałaś jednego z nich."
"To był zwykły chłopiec, mógł po prostu zamknąć się w sobie po tym, co przeżył." usprawiedliwiałam go.
"Nie, ty nie rozumiesz. Oni zabrali wszystkich młodych, nikt nie mógł im uciec. Namierzyliby go. Oni zbierali młodych, niewinnych, których nikt by nie podejrzewał, by uczynić z nich swoich szpiegów."
Powoli zaczęły docierać do mnie słowa dziadka. Nie mogłam wykluczyć, że był on paranoikiem, jednak coś mi mówiło, że miał rację. To by wyjaśniało dziwne zachowanie dziecka - jego wpatrywanie się w jeden, bliżej nieokreślony punkt, to, jak zareagował, gdy dłoń matki go dotknęła - dlatego, że to nie była jego matka. Dziecko nie było ziemskie. Ale dlaczego w takim razie nie zaatakowało? Czy to rzeczywiście był szpieg? Co oni mu zrobili?
"Pytanie tylko.." zaczął dziadek "Jak ty im uciekłaś? Jesteś młoda, ale rozmawiasz ze mną, więc nie możesz być jedną z nich..Jak zatem..?"
"Skąd wiesz, że oni nie mówią?" dopytywałam.
"Obserwowałem ich z ukrycia. Nie odezwali się ani słowem"
"Może po prostu nie chcieli rozmawiać z gorszym gatunkiem?" podpowiedziałam.
"Między sobą też nie rozmawiali. Tylko na siebie spoglądali i zdawali się wiedzieć co mają robić."
Cholera. Telepatia.
Pokiwałam głową w stronę dziadka. Nie chciałam mu mówić, że milczenie mogło być tylko przykrywką. Sama nie raz porozumiewałam się telepatycznie z Belethem albo innymi demonami, by nie wzbudzać podejrzeń ani nie zdradzać swoich planów wrogom. Nie powiedziałam tego jednak staruszkowi, by nie rzucał we mnie bezpodstawnych oskarżeń. Nie byłam jedną z nich, to na pewno, ale musiałam być ostrożniejsza, z kim rozmawiam. W przeciwieństwie do dziadka byłam pewna, że nieznani przybysze doskonale posługują się językiem ludzi. Dlaczego tego nie robią, to inna sprawa.

Spróbowałam po raz kolejny wezwać mojego demona-opiekuna. Bezskutecznie. Beleth, co do diabła?

*****
Witam wszystkich! Opowiadanie nie zostało skończone i pewnie nie zostanie. Zaczęłam je pisać jakoś pół roku temu, kontynuowałam teraz, ale już mi się znudziło ciągnięcie tej historii. Opublikowałam jednak te fragmenty, bo to, co do tej pory napisałam, całkiem mi się podoba. Pewnie pojawią się jeszcze jakieś opowiadania post-apo, bo bardzo lubię ten gatunek. Polecacie może jakieś książki w takim stylu? :)

*****



2 komentarze:

  1. Świetnie napisane ^^ Szkoda trochę, że opowiadanie nie zostanie zakończone :/
    Pozdrawiam ♥ wy-stardoll.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń